Talk About Network

Google


Register and Login
Nick
Password
Register create new account Sign up is FREE and you can post replies, new topics, bookmark posts and more!
Recover lost password


Religion > Albertanism > Re: Jak zrobic ...
Latest [ Topics | Posts ] Archive Post A New Topic Post a Reply
<< Topic < Post Post 4 of 7 Topic 628 of 712
Post > Topic >>

Re: Jak zrobic dzieci

by "alt.religion.albertanism" <find@[EMAIL PROTECTED] > Aug 16, 2004 at 09:43 PM

'alt.religion.albertanism' published a message dated 15 Aug 2004 in 
alt.religion.albertanism message-id= 
news:Xns9546D6776D89albrtn@[EMAIL PROTECTED]
> http://polityka.onet.pl/162,1180325,1,0,2465-2004-33,artykul.html
> 
> Jak zrobić dzieci  
> 
> Fragmenty artykułu 

To sa nowe linki do calego artykulu:

http://polityka.onet.pl/162,1180260,1,RA,artykul.html
http://polityka.onet.pl/162,1180260,2,RA,artykul.html
http://polityka.onet.pl/162,1180260,3,RA,artykul.html
http://polityka.onet.pl/162,1180260,4,RA,artykul.html
http://polityka.onet.pl/162,1180260,5,RA,artykul.html
http://polityka.onet.pl/162,1180260,6,RA,artykul.html
http://polityka.onet.pl/162,1180260,7,RA,artykul.html
http://polityka.onet.pl/162,1180260,8,RA,artykul.html
http://polityka.onet.pl/162,1180260,9,RA,artykul.html



Jak zrobić dzieci  

Im mniej obywatele mają dzieci, tym większy kłopot ma państwo 

     Place zabaw pustoszeją. Przedszkola się zamykają. Szkoły 
przygotowują się do likwidacji. Polacy nie mają dzieci. I to coraz 
bardziej nie mają. Podobnie jak większość Europejczyków. Niektórzy 
jed**** sobie wreszcie z dziećmi ****adzili. Teraz ****a na nas.  

JACEK ŻAKOWSKI 

Demografowie uważają, że "Polska staje na początku XXI w. przed 
realną perspektywą zmniejszania się liczby mieszkańców i poważnymi 
naruszeniami równowagi liczebnej między pokoleniami". 

Ekonomiści rwą włosy z głowy, bo bez dzisiejszych dzieci nie będzie 
przyszłych pracowników, a bez pracowników nie będzie podatków ani 
składek emerytalnych. Z czego za 30 lat będzie żyło bezdzietne 
pokolenie dzisiejszych trzydziestolatków? Już dziś, gdy na 100 osób 
w "wieku produkcyjnym" przypada 55 osób w "wieku nieprodukcyjnym", w 
systemie emerytalnym, służbie zdrowia, pomocy społecznej trudno nam 
związać koniec z końcem. A jak może wyglądać bezpieczeństwo socjalne 
Polaków za 25 lat, jeżeli na stu "produkcyjnych" będzie 70 
"nieprodukcyjnych"? 
  * {Coraz mniej dzieci }
  * {Dzieci ślubne i nieślubne }
Politolodzy także załamują ręce, bo brak polskich rąk do pracy 
będzie oczywiście oznaczał im****t "siły roboczej". Imigracja jest 
zawsze wielkim darem. Nie tylko w Ameryce. To widać w brytyjskiej 
literaturze, francuskiej reprezentacji piłkarskiej, niemieckich 
galeriach. Ale zawsze idą też za nią napięcia. Zwłaszcza gdy fala 
imigrantów trafia na monoetniczne, zamknięte społeczeństwa - jak 
nasze. (Jak dramatyczny jest to problem, wskazuje jeden z 
oenzetowskich scenariuszy. Wynika z niego, że dla zatrzymania 
procesu starzenia się populacji do Europy musiałoby napływać średnio 
27 mln imigrantów rocznie. Populacja Europy w 2050 r. wynosiłaby 
wówczas 2,3 mld, z czego 1,7 mld stanowiliby imigranci, którzy 
przybyli po 1995 r., i ich potomkowie). 

Socjologowie i psycholodzy zastanawiają się, czy ludzie mogą być 
szczęśliwi w społeczeństwie bez dzieci. Ojcowie bez synów? Babcie 
bez wnuków? Jak będą wyglądały społeczeństwa złożone z jedy****ów, 
imigrantów i samotnych staruszków coraz dłużej utrzymywanych przy 
życiu przez cuda techniki? 

Politycy się martwią, bo zeszliśmy poniżej prostej zastępowalności 
pokoleń i w wolnej Polsce ubywa Polaków. Do "wymierania" narodu 
jeszcze nam daleko, ale czym nas będzie mniej, tym mniejsza będzie 
siła przebicia Polski w Europie. 

Z tych wszystkich rozmyślań i prognoz wynika na ogół, że zerwanie 
naturalnego następstwa pokoleń jest może najwyższą ceną, jaką 
płacimy za transformację i model cywilizacyjny Zachodu. 
Społeczeństwa bez dzieci nie spadły przecież z nieba. Dobrze widać, 
że kłopot z brakiem dzieci ogniskuje fundamentalne kłopoty, bóle, 
napięcia i braki nowoczesności i ponowoczesności. 

Drugie przejście  

W potocznej opinii Polaków głównym źródłem problemu jest szok 
transformacji. Bo dzieci zaczęło brakować, gdy skończył się 
socjalizm. Pojawiło się bezrobocie - jedni tracili pracę, a inni 
zaczęli się bać, że ją stracą. Dzień pracy zaczął się wydłużać, 
s****a część społeczeństwa biedniała, zabezpieczenia społeczne 
znikały, koszty edukacji rosły, słabła ochrona pracowników - także 
wychowujących dzieci. Krótko mówiąc zapanowała niepewność, którą 
większość z nas kojarzy z transformacją. 



....ciąg dalszy 
JACEK ŻAKOWSKI 
Gdyby rzeczywiście przyczyną braku dzieci były tylko konwulsje 
transformacji, można by mieć nadzieję, że kiedy "ciężkie czasy" się 
skończą, dzieci znów się pojawią. Przynajmniej w liczbie 
gwarantującej prostą zastępowalność pokoleń. Ale po pierwsze te bóle 
nie miną szybko (napięcie konkurencyjne raczej będzie rosło, 
bezrobocie szybko nie zmaleje), a po drugie sprawa jest bardziej 
złożona. Bywały przecież cięższe czasy, ludzie naprawdę przymierali 
głodem, a dzieci nie brakowało nigdy. Nawet w czasie Wielkiego 
Kryzysu i wojny. Więc muszą być inne przyczyny. 

Najwyżej dziś ceniona, stworzona przez Dirka van de Kaa, teoria 
"drugiego przejścia demograficznego" kładzie nacisk na głębokie 
procesy kulturowe. Ludzie są coraz bardziej skoncentrowani na sobie, 
na samorealizacji, samoafirmacji - na swojej karierze, rozwoju, 
konsumpcji, przyjemnościach - a coraz mniej na obowiązkach dawniej 
uważanych za oczywistą powinność. 

Skoro w odczuciu ludzi nie ma już żadnych oczywistych powinności ani 
naturalnej kolejności zdarzeń, to także posiadanie dzieci przestaje 
być oczywiste. Na dzieci trzeba się zdecydować. I jedni się 
decydują, drudzy nie, a inni odkładają decyzję - często tak długo, 
aż wreszcie jest za późno. 

Posiadanie i wychowanie dzieci przestało być oczywistym celem 
dobrego ludzkiego życia, bo żadne oczywiste cele - poza własnym 
spełnieniem - na ogół już nie istnieją. Demografowie zwracają uwagę, 
że w modelu rodziny "parę z królewskim dzieckiem" (lub dziećmi) 
zastępuje "królewska para z dzieckiem". To oddaje przesuwanie się 
hierarchii wartości "ku sobie". Objawem pierwszego przejścia 
demograficznego, które nastąpiło wraz z nowoczesnością, była zamiana 
ilości na jakość. Jakość życia dzieci (zwłaszcza szansa przeżycia) 
rosła, a malała ich liczba. Dzieci i ich potrzeby były w centrum 
zainteresowania rodziców. Człowiek nowoczesny spełniał się przede 
wszystkim w dzieciach. Człowiek ponowoczesny sprawdza się i 
realizuje sam. Dziecko nie ma prawa mu tego utrudniać. Gdyby miało 
zagrozić samorealizacji - lepiej, żeby go w ogóle nie było. A gdy 
już jest, ma dostarczać rodzicom przyjemności i zbytnio ich nie 
obciążać. W tej logice nawet jedno dziecko staje się kosztownym 
luksusem, a wielodzietność (liczona od dwójki dzieci) jest luksusem, 
na który stać tylko nieliczne grupy najbardziej uprzywilejowane albo 
wykluczonych, którzy i tak mają niewiele do stracenia. 

Nie ma dzieci bez miłości  

Oczywiście ważny jest aspekt techniczny - to że dzięki antykoncepcji 
na dziecko można "się zdecydować" lub nie. Rewolucja seksualna 
oderwała seks od prokreacji (zgodnie z ogólną tendencją zostawiając 
doraźną przyjemność, a usuwając skutek w postaci obowiązku). Ale 
drugi (obok indywidualizmu) śmiertelny sztych zadała dzieciom 
ponowoczesna "płynność" czy "nietrwałość" powodująca zrozumiałą 
niechęć do podejmowania trwałych zobowiązań. A dziecko to 
zobowiązanie niemal śmiertelnie trwałe. Trwalsze nie tylko od 
miłości, lecz także od współczesnego małżeństwa, większości 
inwestycji, od jakiejkolwiek kariery i zwłaszcza od rzeczywistości, 
w której istniejemy.

....ciąg dalszy 
JACEK ŻAKOWSKI 
Któż może dziś odpowiedzialnie przewidzieć, jaki będzie świat i jak 
będzie wyglądała jego sytuacja za 15 czy 18 lat, kiedy koszty 
utrzymania dziecka (lub nie daj Boże - dzieci!) osiągną apogeum? Kto 
zatem się dziś decyduje na dziecko, ten podejmuje poważne 
zobowiązanie sięgające daleko poza horyzont naszej wyobraźni (obawa 
o przyszłość dziecka to najczęstszy powód rezygnacji z jego 
urodzenia wskazywany przez 86 proc. niedoszłych rodziców! O 
nadmiernych kosztach mówi 67 proc.). 

Dziecko przestało też być oczywistym "owocem miłości". W 
fantastycznej książce "Razem i osobno" (tytuł angielski "Liquid­ 
Love", czyli "Płynna miłość", dużo lepiej oddaje istotę problemu) 
{Zygmunt Bauman} opisał niemal śmiertelne ciosy, które 
ponowoczesność zadała naszym intymnym więziom. Między nietrwałością 
i indywidualizmem na miłość nie ma miejsca. Skoro nic nie jest 
wieczne, nie ma obowiązków i jedynym celem każdego jest 
samorealizacja, to każdy z nas ma święte prawo w każdej chwili 
unieważnić każdy niesatysfakcjonujący go związek. 

Rodzina sp. z o.o.  

Także fakt, że kobietom do samorealizacji nie starcza dziś 
prowadzenie domu i wychowanie dzieci, na pewno zmniejsza ich 
skłonność do rodzenia dzieci. Ale jed**** nie musi ich to do dzieci 
definitywnie zniechęcać. Z jednej strony kobiety robiące karierę 
mają zrozumiałą skłonność do odkładania "decyzji prokreacyjnej", aż 
ustabilizuje się ich pozycja zawodowa (co w świecie nietrwałości nie 
staje się nigdy). Z drugiej oparcie domowych budżetów i egzystencji 
rodziny na filarach dwóch karier (i pensji!) może istotnie zwiększyć 
poczucie bezpieczeństwa rodziny. Może, ale nie musi. To po pierwsze 
zależy od tego, czy oba filary są ****ównywalnie silne (a więc czy 
np. kobiety zarabiają z grubsza tyle co mężczyźni). A wciąż dalece 
nie są (choć różnice maleją). Po drugie zależy to od tego, czy 
mężczyźni są uważani za równie dobrych opiekunów dzieci. A nie są 
(choć w coraz mniejszym stopniu). 

Dość dobrze wiadomo natomiast, jak na liczbę dzieci wpływa dobrobyt 
oraz system zabezpieczeń społecznych. W 1993 r. Nagrodę Nobla dostał 
ekonomista liberalnej szkoły chicagowskiej {Gary S. Becker}, autor 
słynnego "Traktatu o rodzinie", opisującego ją jako podmiot 
gospodarczy. Becker zauważył, że liczba dzieci przeważnie maleje 
wraz ze wzrostem zamożności i z umacnianiem się poczucia 
bezpieczeństwa. Najkrócej mówiąc - ludzie mają tym więcej dzieci, im 
mniej ich na nie stać.

....ciąg dalszy 
JACEK ŻAKOWSKI 
Tylko z pozoru wygląda to na kompletny absurd. Dopóki nie pojawiły 
się państwa opiekuńcze i promowane przez rządy fundusze emerytalne, 
dzieci były najlepszą polisą na starość i chorobę. Im więcej kto 
miał dzieci, tym bardziej był bezpieczny. Nawet małe dziecko można 
było zagonić lub wynająć do pracy, a kiedy trochę podrosło, można 
było oczekiwać od niego pomocy, opieki, obrony, utrzymania. 
Inwestycja była niewielka, a korzyść ogromna. Małe dojadały resztki 
i donaszały ubrania (dziecięce ubranka to wymysł współczesny - 
polecam "Historię dzieciństwa" Philippe'a Ariesa), a większe 
pracowały jak wszyscy. 

Nowoczesne państwo, emerytury, bezpłatna służba zdrowia, zniszczyły 
te kalkulacje. Dzieci przestały być inwestycją tworzącą bogactwo. Z 
punktu widzenia ekonomicznego stały się czystym zbytkiem. Im 
bardziej opiekuńcze państwo, tym zbytek wyraźniejszy. Bo koszty 
rosły (m.in. z latami koniecznej nauki i zakazami wprowadzanymi na 
rynku pracy), a korzyści malały. Rodzina jako podmiot ekonomiczny 
przestała więc być zainteresowana posiadaniem dzieci. 

Strategie narodowe  

Po kilkudziesięciu latach obserwacji i debat ("drugie przejście" 
zaczęło się w Skandynawii w latach 60.) przyczyny i skutki są już z 
grubsza znane, a różnice między ekspertami polegają głównie na 
różnym rozłożeniu akcentów. To jed**** nie oznacza zgodności co do 
antidotów. Europejskie badanie eksperckie, które w Polsce prowadził 
zespół kierowany przez prof. Irenę Kotowską, pokazuje, jak różna 
może być reakcja na kryzys dzietności. 

Kontynentalna "Stara Europa" w zasadzie pogodziła się już z ujemnym 
przyrostem naturalnym. Wśród Włochów (którzy mają najwięcej osób w 
wieku "poprodukcyjnym") dominuje opinia, że starzenie się 
społeczeństwa to cywilizacyjny sukces (wydłużenie życia). Nie ma się 
czym martwić. Trzeba się dostosować - podnieść wiek emerytalny, by 
staruszkowie mogli dłużej pracować i dbać o wykorzystanie 
potencjału, który posiadają. Niemcy uważają, że ujemny przyrost to 
nieodwracalny dopust i chcą dostosować życie społeczno-ekonomiczne 
do potrzeb oraz możliwości społeczeństwa złożonego głównie z osób 
starszych - na przykład poprzez rozbudowę systemów kształcenia 
ustawicznego. 

"Nowi Europejczycy", którzy przeważnie od niedawna borykają się z 
problemem radykalnie ujemnego przyrostu, na ogół chcieliby z nim 
walczyć. Eksperci rumuńscy uznali np., że - mówiąc najogólniej - 
"państwo powinno coś z tym zrobić" podnosząc poziom życia ludzi i 
udzielając społeczeństwu pomocy materialnej. Eksperci litewscy 
większą wagę przywiązują do głębszych zmian społecznych - znoszenia 
barier edukacyjnych i ekonomicznych, promocji pracy kobiet i pomocy 
dla osób starszych. 


....ciąg dalszy 
JACEK ŻAKOWSKI 
Finowie - którzy jak inni Skandynawowie najwcześniej zderzyli się z 
"drugim przejściem", podobnie jak kraje Beneluksu zdołali odwrócić 
niekorzystne trendy i największy dołek zdają się mieć za sobą - nie 
wierzą w dopust Boży. Stawiają na "renesans rodziny". Nie chodzi o 
moralizatorskie trucie ani o finansowanie przez państwo 
wielodzietnej biedoty, lecz o stworzenie warunków, w których 
nowoczesna gospodarka nie będzie szkodziła rodzinie. Trzon modelu 
fińskiego to zrównanie sytuacji kobiet i mężczyzn w pracy i domu 
między innymi poprzez wymaganie od pracodawców stworzenia 
przejrzystych systemów płacowych i zasad awansowania, 
uelastycznienie czasu pracy, kreowanie warunków, w których rodzice 
więcej czasu będą spędzali z dziećmi. 

Model północny  

Fińskie marzenie o "renesansie rodziny" brzmiałoby mało 
realistycznie, gdyby nie to, że Skandynawowie mają tu imponujące 
sukcesy. Nie jest to równoznaczne z cofnięciem albo zatrzymaniem 
koła historii społecznej ani z powrotem tradycyjnej rodziny. 
Przeciwnie. Na ogół także w krajach, które prokreacyjnie zdołały się 
odbić, wciąż - jak w całej Europie - rośnie liczba rozwodów i 
formalnie pozamałżeńskich urodzeń. (Nawet w Irlandii, gdzie rozwody 
wciąż są nielegalne, odsetek urodzeń pozamałżeńskich w latach 90. 
wzrósł blisko trzykrotnie i poza małżeństwami rodzi się jedna 
trzecia dzieci!). 

Dlaczego więc w Skandynawii i Beneluksie udało się to, co reszcie 
Europy na ogół wydaje się nierealne? Po pierwsze dlatego, że nie 
uwierzono tam w ponurą nieuchronność społeczeństwa bez dzieci. Lata 
konsekwentnych działań przyniosły efekty. Nigdzie nie osiągnięto 
jeszcze poziomu prostej zastępowalności pokoleń, ale tendencja 
została wreszcie odwrócona. 

Po drugie skoncentrowano się na udzielaniu wsparcia tym, którzy go 
potrzebują (głównie starszym i rodzinom z dziećmi), a nie na 
promowaniu jakiegoś modelu życia. W Skandynawii i krajach Beneluksu 
(ina­czej niż w Niemczech, Włoszech czy Irlandii) nie broniono 
tradycyjnego małżeństwa z jego specyficznym podziałem ról. Promowano 
równouprawnienie płci (w domu i pracy), różnych modeli życia (np. 
ułatwienia dla samotnych rodziców) i różnego rodzaju związków 
(uznanie konkubinatów). Inaczej mówiąc - w modelu północnym państwo 
skoncentrowało się nie tyle na zachęcaniu ludzi do konkretnych 
zachowań, co na akceptowaniu indywidualnych wyborów, poprawie 
jakości życia i ogólnego poczucia bezpieczeństwa, które sprzyja 
podejmowaniu trwałych zobowiązań. 

....ciąg dalszy 
JACEK ŻAKOWSKI 
Po trzecie - jak w sprawozdaniu z badania eksperckiego piszą Anna 
Matysiak i Anna Domaradzka - "wydatki społeczne w Skandynawii w 
znacznie większym stopniu ukierunkowane były na rozwój usług 
(głównie opiekuńczych), w nieco mniejszym natomiast na transfery 
społeczne". Inaczej mówiąc - zamiast wypłacać zasiłki, Skandynawowie 
woleli oferować zorganizowaną pomoc - zwłaszcza ułatwiającą rodzicom 
godzenie pracy z wychowaniem dzieci. W Danii - jedynym europejskim 
kraju, któremu w latach 90. udało się osiągnąć wszystkie główne cele 
polityki ludnościowej: zwiększyć dzietność kobiet i liczbę 
pierwszych małżeństw, zmniejszyć liczbę rozwodów i powstrzymać 
wzrost liczby urodzeń pozamałżeńskich - na usługi społeczne budżet 
wydaje niemal tyle co na emerytury (w Polsce emerytury kosztują 
blisko 30 razy więcej niż usługi społeczne, a w Niemczech 6 razy 
więcej). 

Robić coś!  

Duńskiego sukcesu (ani żadnego społecznego procesu) nie da się 
wytłumaczyć jakimś jednym czynnikiem ani zwyczajnie przeflancować do 
innego kraju. Ale duński model zmagań z ponowoczesnością zasługuje 
na głębszą analizę - zwłaszcza jeżeli się pamięta, że ({jak wynika z 
badań Ingleharta}) to właśnie Duńczycy są najszczęśliwszymi ludźmi w 
Europie, choć nie są najbogatsi i nie mają najmilszego klimatu. 

 Ludzie bez dzieci są inni, społeczeństwa bez dzieci są inne i życie 
bez dzieci jest inne. Nie ma co się nad tym specjalnie rozwodzić. 
Inna jest też ekonomia bez dzieci - taka, w której ludzie nie mają 
spadkobierców i nie myślą o tym, co po sobie zostawią. I inna jest 
gospodarka zdominowana przez starszych pracowników, których pęd ku 
innowacji już się dawno wypalił. Można - jak Włosi czy Niemcy - 
budować miraż narodu szczęśliwych staruszków, ale nietrudno 
przewidzieć, że ten miraż musi mieć swój niezbyt odległy i niezbyt 
przyjemny koniec. I łatwo sobie wyobrazić, że społeczeństwom "bez 
dzieci" trudno będzie w superinnowacyjnej cywilizacji XXI w. 
konkurować ze społeczeństwami uprzywilejowanymi przez naturalne 
następstwo pokoleń (dziś premię młodości zbiera w Europie Polska, 
ale - jeżeli czegoś nie zaczniemy robić - minie to w trakcie 
pokolenia!). 

Koszty czy inwestycje  

Każdy polski rząd miał jakieś pomysły w sprawie "niemania dzieci", 
ale zdaniem ekspertów w Polsce lat 90. "polityka rządu wobec rodziny 
wahała się od biernej do szkodliwej". 

W polityce zdominowanej przez przypadkowych, rozideologizowanych, 
słabo wykształconych i intelektualnie rozleniwionych ludzi, 
prowadzonej doraźnie "z wyborów na wybory" i miotanej potężnymi 
naciskami rozmaitych lobby, myślenie o złożonościach przyczyn oraz 
skutków procesów demograficznych nie ma prawa się przebić. A 
demografia, podobnie jak kultura, spójność społeczna, szczęście, 
edukacja, nie ma tak potężnego lobby, jakie ma gospodarka, której 
politycy przeważnie też nie rozumieją, lecz z której potrzebami, 
czując presję biznesu, muszą się jakoś liczyć.

....ciąg dalszy 
JACEK ŻAKOWSKI 
Problem dzieci nie jest w polskiej polityce specjalnym wyjątkiem. 
Raczej odbija jej ogólniejsze słabości. Żaden dotychczasowy rząd nie 
miał spójnej polityki społecznej. Słabością polskiego myślenia i 
polskiej polityki jest "brak słuchu" na takie problemy, brak 
cierpliwości, by się przez nie przegryzać, i iluzoryczna wiara, że 
wzrost gospodarczy rozwiąże wszystkie problemy. "Brak zrozumienia 
przez kolejne rządy konieczności pilnego opracowania programu 
polityki ludnościowej sprawił, że Rządowa Rada Ludnościowa 
postanowiła opracować własny program" - pisze wprost jego 
współautorka prof. Irena Kotowska. Program dopiero powstaje, ale 
jakoś trudno sobie wyobrazić, że coś w polskiej rzeczywistości 
zmieni, jeżeli nie dokona się zmiana w świadomości. To znaczy, 
jeżeli my i nasza klasa polityczna nie damy się przekonać, że brak 
dzieci stanowi strategiczne wyzwanie, z którym musimy się zmierzyć. 

Każdy rząd coś w sprawie dzieci robi i może zaprezentować jakiś swój 
urzędowy optymizm, ale prowadzone nieustannie reformy mają w istocie 
tylko jeden wyrazisty i niezmienny skutek - ograniczanie kosztów. 
Koszty oczywiście są ważne, ale dwie rzeczy warto sobie wreszcie 
uświadomić. Po pierwsze nic dobrego nas nie może czekać, jeżeli o 
polityce demograficznej (i w ogóle o polityce społecznej) nie 
zaczniemy myśleć jak o inwestycjach niezbędnych, byśmy jako tako 
przetrwali. Po drugie, że wydatki są często mniej ważne od dobrych 
rozwiązań instytucjonalnych. Takie myślenie w Polsce się nie 
przyjmuje. Nie tylko dlatego, że rządzi "logika kosztów", lecz także 
dlatego, że "logika inwestycji" wymagałaby racjonalizowania decyzji 
i określenia celów. A to jest politycznie i intelektualnie trudne. 

W dużej mierze to właśnie "logika kosztów" (które trzeba ciąć) 
powoduje, że polska polityka społeczna ogranicza się do zatykania 
dziur i "świadczeń" dla grup upośledzonych. Jak to ujęła prof. 
Kotowska, podsumowując politykę demograficzną III Rzeczpospolitej, 
świadczenia "przybrały głównie charakter socjalny, mający na celu 
wspieranie rodzin ubogich". Oczywiście dzieci, które się urodziły, 
powinny mieć możliwie godne dzieciństwo. Ale potrzebny jest też 
program pozytywny. Warto więc przed rządowym decydentem postawić 
brutalne pytanie: do czego w istocie zmierza? Czy jego celem jest 
sytuacja, w której rosnąca część dzieci będzie się rodziła i 
wychowywała w słabych ekonomicznie rodzinach (takich, dla których 
symboliczne zasiłki stanowią istotną zachętę). Czy też możliwa jest 
jakaś szczególna aktywność rządu zmierzająca do tego, żeby zwiększyć 
skłonność prokreacyjną w środowiskach, które radzą sobie w 
dzisiejszej rzeczywistości? Tu nie potrzeba zasiłków ani wielkich 
kosztów. Potrzeba głównie zmian instytucjonalnych.

JACEK ŻAKOWSKI 
Instytucje nie zasiłki  

Nie ma żadnego racjonalnego wyjaśnienia, dlaczego - jak mówi 
sekretarz Rady Ludnościowej prof. Ewa Frątczak - "instytucje nie 
nadążają za zmianą społeczną". Czy np. wnioski płynące z doświadczeń 
modelu północnego zdaniem polityków mogą mieć w Polsce jakieś 
zastosowanie? Co nas powstrzymuje sprzed legalizacją konkubinatów, 
wyrównaniem przysługujących matkom i ojcom socjalnych przywilejów, 
wymuszeniem na pracodawcach stosowania bardziej przejrzystych, 
sprzyjających kobietom systemów płacowych? Dlaczego publiczny 
pracodawca (największy pracodawca w Polsce!) nie próbuje wytworzyć 
sprzyjających prokreacji standardów - na przykład promując 
zatrudnianie w niepełnym wymiarze czasu (często także bardziej 
efektywne ekonomicznie!)? Dlaczego przestrzeganie tego typu 
standardów (ani żadnych innych standardów społecznych) nie jest 
brane pod uwagę przy udzielaniu zamówień publicznych? 

A co nas powstrzymuje przed wyciągnięciem wniosków z odkryć 
profesora Beckera? Oczywiście nikt przy zdrowych zmysłach nie może w 
XXI w. postulować likwidacji firm ubezpieczeniowych ani wycofania 
się rządu ze sfery zabezpieczeń socjalnych. Zapewne dlatego analizy 
Beckera - chociaż ich nie zakwestionowano - nie znalazły wielkiego 
zastosowania w praktyce. Przeciwnie. Tak zwana polityka prorodzinna, 
której strategicznym celem powinno być ułatwianie ludziom podjęcia 
decyzji o posiadaniu dzieci, często do tego zniechęca, bo prowadzi 
do dalszego osłabienia więzi ekonomicznej między rodzicami a 
dziećmi. Oczywiście, gdy emerytury są dramatycznie niskie, dzieci 
przeważnie pomagają rodzicom. Ale ani to nie jest pewne, ani 
emocjonalnie łatwe w świecie, w którym obowiązek międzyludzkiej 
pomocy staje się mniej oczywisty. 

Pokolenie nienarodzonych?  

Czy zatem polityka może się przyczynić do odtworzenia związku między 
bezpieczną starością a posiadaniem dzieci? Nie z dnia na dzień, ale 
oczywiście może. Na przykład poprzez reformę systemu emerytalnego. 
Jego pierwszy filar oparty jest dziś na zasadzie solidarności 
międzypokoleniowej (wszyscy pracujący składają się na utrzymanie 
wszystkich emerytów). Drugi i trzeci filar opierają się na 
osobistych oszczędnościach pracowników. Dlaczego nie mielibyśmy w 
ten system wmontować mechanizmu, który stworzy (choćby symboliczny) 
związek między wysokością emerytury a posiadaniem dzieci (zwłaszcza 
że s****a część Polaków uważa to za sprawiedliwe)?

....ciąg dalszy 
JACEK ŻAKOWSKI 
Można sobie przecież wyobrazić, że 10 czy 20 proc. pracowniczej 
składki emerytalnej jest przelewane bezpośrednio na konto żyjących 
rodziców powiększając ich emeryturę. Dochody emeryta zależałyby 
wówczas nie tylko od tego, ile w trakcie kariery zarabiał i ile 
odłożył w systemach emerytalnych, ale też od tego, ile dzieci 
wychował i jak wiele w nie zainwestował. Dochody dzieci zależą 
przecież m.in. od ich wykształcenia, a wykształcenie kosztuje. 
Rodzice byliby w ten sposób zainteresowani, by zamiast w polisy 
emerytalne inwestować w edukację dzieci. 

Idąc dalej tropem myśli Beckera, warto się zastanowić, jakie głębsze 
racje decydują o tym, że z małżeńskiej wspólnoty majątkowej 
wyłączony jest kapitał emerytalny. Dlaczego to z rodziców, które 
ogranicza pracę, by wychowywać dzieci, ma mieć nie tylko mniejsze 
szanse na zrobienie kariery, ale też w razie (coraz bardziej 
prawdopodobnego) rozwodu dużo gorsze perspektywy na starość? Ale nie 
wszystkie postulaty muszą być kierowane do państwa. Bo można się też 
zastanawiać, jak to się dzieje, że w obliczu narastającego kryzysu 
związki zawodowe, organizacje kobiece, samorządy, Kościoły nie 
próbują organizować samopomocy rodziców? 

To są szczegółowe kwestie i można by je mnożyć. Ale podstawowe 
pytanie jest takie: dlaczego - mimo powszechnej świadomości 
narastającego kryzysu - wciąż nie ma w Polsce ani poważnej debaty na 
temat pokolenia nienarodzonych, ani zbornej wizji łagodzenia 
problemu? 

Po wejściu do NATO i Unii Europejskiej polska polityka stała się 
chaotyczna. Nie ma wielkich jednoczących nas celów, poważnych debat, 
spójnych wizji, jasnych priorytetów. Sam wzrost gospodarczy jako cel 
nie starczy. Choćby dlatego, że owoce wzrostu dzielone są nierówno. 
Szukanie odpowiedzi na kryzys demograficzny - być może 
najpoważniejszy i najbardziej trwały z trapiących nas kryzysów - 
mogłoby się stać takim priorytetem. 

Nie ma co się łudzić, że jak gdzieś trochę ujmiemy i gdzie indziej 
dodamy, to dzieci zaczną się sypać jak z worka. Nie ma nawet co 
liczyć, że w dającej się przewidzieć przyszłości możemy odbudować 
prostą zastępowalność pokoleń. Możemy jed**** zahamować regres i 
pewnie nawet zmniejszyć wciąż rosnący deficyt. Ale to wymaga 
uznania, że brak dzieci stał się naszym fundamentalnym problemem i 
że źródła tego problemu nie są koniunkturalne, doraźne, lecz leżą w 
logice systemu. 
Trzeba odrzucić naiwne przekonanie, że jesteśmy tylko zbiorowiskiem 
jednostek i każdy odpowiada za siebie, bo jed**** (chcemy tego czy 
nie) jesteśmy także realną wspólnotą i wszyscy ponosimy skutki 
indywidualnych decyzji - nawet tak intymnych jak decyzja urodzenia 
dziecka - a suma indywidualnie racjonalnych decyzji w skali 
społecznej może okazać się groźna. Więc - właśnie jako realna 
wspólnota - we wspólnym interesie musimy sobie nawzajem pomagać w 
podejmowaniu dobrych dla nas wszystkich decyzji.



-- 
To jest cytat
The text above is a citation from some other source and other 
author.
Send your comments to news://alt.religion.albertanism
Sup****t www.albertanism.freezope.org !
 




 7 Posts in Topic:
Jak zrobic dzieci
"alt.religion.albert  2004-08-15 20:04:46 
Re: Jak zrobic dzieci
"zmarekz" <n  2004-08-15 22:27:19 
Re: Jak zrobic dzieci
"spock" <spo  2004-08-15 23:12:22 
Re: Jak zrobic dzieci
"alt.religion.albert  2004-08-16 21:43:38 
Re: Jak zrobic dzieci
"spock" <spo  2004-08-17 00:57:42 
Re: Jak zrobic dzieci
"Aguśka" <ag  2004-08-18 19:01:01 
Re: Jak zrobic dzieci
marekz <zalewski.WYTNI  2004-08-18 21:04:32 

Post A Reply:
  Go here to Signup

AddThis Feed Button


About - Advertising - Contact - Frequently Asked Questions - Privacy Policy - Terms of Use - Signup

Contact
tan13V112 Fri Jul 25 11:04:01 CDT 2008.