Talk About Network

Google


Register and Login
Nick
Password
Register create new account Sign up is FREE and you can post replies, new topics, bookmark posts and more!
Recover lost password


Religion > Albertanism > Polacy zasiedla...
Latest [ Topics | Posts ] Archive Post A New Topic Post a Reply
<< Topic < Post Post 1 of 1 Topic 580 of 716
Post > Topic >>

Polacy zasiedlaja wschodnie Niemcy

by "alt.religion.albertanism" <find@[EMAIL PROTECTED] > May 7, 2004 at 03:30 AM

http://www.wprost.pl/ar/?O=59698

Drang nach Westen 	
Tygodnik "Wprost", Nr 1119 (09 maja 2004)

	
Polacy zasiedlają wschodnie Niemcy 

Tylko Polacy mogą nas uratować - mówią zgodnie burmistrzowie 
wschodnioniemieckich miast, m.in. Frankfurtu nad Odrą, Goerlitz, 
Neubrandenburga, Schwedt czy Eggesin. Dziesiątki miejscowości w 
przygranicznych landach dawno opuścili najlepsi specjaliści, a wciąż 
opuszcza je młodzież. Wschodnie prowincje Niemiec upadną, jeśli nie 
ściągną setek tysięcy Polaków do pracy - zdają sobie sprawę lokalne 
władze. I oferują Polakom udogodnienia w zakładaniu firm, 
preferencyjne kredyty, mieszkania i socjalne przywileje. 
Jednocześnie pomstują na federalne władze, że wprowadzając dwuletnie 
ograniczenia dla Polaków na rynku pracy, skazują wschodnioniemieckie 
regiony na postępującą degrengoladę. Zachodnim Niemcom jeszcze nie 
przychodzi do głowy, że Polacy mogą w czymś być od nich lepsi, wielu 
wschodnich Niemców uważa to za dowiedziony fakt. 

Niemieckie osadnictwo na prawie polskim 
Historia zatoczyła koło: osiemset lat temu na terenach polskich 
pojawiło się osadnictwo na prawie niemieckim, co oznaczało specjalne 
prawa dla Niemców osiedlających się na polskich ziemiach i 
wnoszących wyższe standardy cywilizacyjne. Po ośmiuset latach mamy 
swego rodzaju osadnictwo na prawie polskim w Niemczech: Polacy może 
nie wnoszą wyższych standardów cywilizacyjnych, ale na pewno wigor, 
energię i chęć osiągnięcia sukcesu. Jest paradoksem, że mentalnie 
wschodnie landy Niemiec przypominają polskie tereny popegeerowskie. 
Gdy jeździliśmy po opustoszałych częściowo miastach i miasteczkach 
wschodniej części byłej NRD, widać było tę samą co na terenach po 
PGR wyuczoną bezradność, apatię i tęsknotę za komuną. 
Niemal czternaście lat po zjednoczeniu Niemiec i wpompowaniu we 
wschodnie landy ponad biliona euro ich mieszkańcy nie tworzą 
nowoczesnego, żywotnego społeczeństwa, lecz zachowują się jak 
więźniowie wypuszczeni z obozu koncentracyjnego. Pod względem 
społecznym wschodnie tereny Niemiec są niczym poligon poatomowy 
gdzieś w Kazachstanie: istnieje tam jakaś infrastruktura, ale nie ma 
życia. To najbardziej ewidentny przykład klęski europejskiej 
polityki socjalnej: chroniąc obywateli przed ryzykiem i konkurencją, 
produkuje się społeczne kaleki. I nic dziwnego, że nic nie dało 
wpompowanie gigantycznych pieniędzy: na rehabilitację po ciężkim 
wypadku wydaje się wielokrotnie więcej niż na profilaktykę, a i tak 
zwykle nie udaje się przywrócić pełnej sprawności. Mieszkańcy byłej 
NRD są właśnie takimi rekonwalescentami po ciężkim wypadku, na stałe 
uzależnionymi od opieki państwa. 
- Pomijając brak idei, odwagi i błędy polityczne, jednym z powodów 
kryzysu w byłej NRD są zmiany w społecznej mentalności po latach 
sowietyzacji, decydowania za ludzi, dławienia indywidualnej 
przedsiębiorczości i wychowania w poczuciu, że państwo o wszystko 
się zatroszczy. Te same błędy popełniono po zjednoczeniu, już w 
warunkach wolnego rynku: najpierw szermując obietnicami bez 
pokrycia, potem rozkładając gigantyczny parasol ochronny. Zamiast 
zintegrować byłą NRD, zrobiono z niej wielką czarną dziurę na mapie 
Niemiec - komentuje dla "Wprost" prof. Arnulf Baring, niemiecki 
historyk i politolog. W efekcie nowe landy, gdzie żyje 18 proc. 
Niemców, wytwarzają zaledwie 7,4 proc. dóbr przemysłowych. Choć z 
kasy federalnej i z Brukseli płynie tam strumień prawie 75 mld euro 
rocznie, rynek pracy się kurczy. Bezrobocie wśród Ossis jest bez 
mała trzykrotnie większe niż wśród Wessis. 

Pracowity jak Polak 
Miasteczko Eggesin zna każdy mieszkaniec byłej NRD: przed 1989 r. 
były tu największe koszary Armii Ludowej. Wtedy mieszkało tam 12 
tys. osób, obecnie - 4 tys., bo dwie trzecie uciekło na zachód. 
Polka Alina Brummund prowadzi w Eggesin sklep z obuwiem. Mieszkańcy 
- Niemcy, namówili ją, by wystartowała w lokalnych wyborach. 
Uważają, że tylko tacy jak ona mogą coś w miasteczku zmienić. - 
Alina jest jedną z najaktywniejszych osób w całym miasteczku. Gdyby 
nasi rodacy byli podobni z optymizmem patrzyłbym w przyszłość - mówi 
Denis Gutgesel, burmistrz Eggesin. Alina wcześniej nie mogła 
kandydować, bo nie miała niemieckiego obywatelstwa. Członkostwo 
Polski w UE to zmienia (wystarczy mieszkać pięć lat na danym 
terenie). Brummund otworzyła i rozwinęła biznes w mieście, w którym 
jej niemieccy konkurenci nie widzieli dla siebie szans. Zwinęli więc 
interes i albo wyjechali na zachód, albo są na zasiłku. Burmistrz 
Gutgesel twierdzi, że tacy Polacy jak Alina imponują Niemcom i dziś 
są właściwie jedyną godną pokazania wizytówką miasta. Kompletnie 
zmieniły się stereotypy Polaka i Niemca: to Polak jest obecnie 
pracowity, solidny, pomysłowy. Polacy chcą walczyć, konkurować, 
zarabiać, podczas gdy Niemcom wystarczają zasiłki. 
- Nie tylko musimy sprowadzić Polaków, ale powinniśmy się z tym 
spieszyć, bo po polskiej stronie rosną zarobki, gospodarka rozwija 
się w szybkim tempie, więc wyjazdy wkrótce staną się dla was 
nieopłacalne. Dziś jeszcze jesteśmy atrakcyjni, jutro Polaków trzeba 
będzie bardzo zachęcać do przyjazdu - mówi Petra Hintze, 
przewodnicząca Izby Przemysłowo-Handlowej w Neubrandenburgu. 
Federalne zakazy pracy dla Polaków Hintze uważa za absurd. To 
najlepsza droga do szybkiego wyludnienia wschodnich landów. Hintze 
podkreśla, że już dziś - mimo iż nie ma odpowiednich regulacji 
prawnych - Polacy ratują przed popadnięciem w marazm całe miasteczka 
i branże gospodarki wschodnich landów. 

Polnische Doktor 
Burmistrzowie miast we wschodnich landach twierdzą, że życie samo 
weryfikuje głupie zakazy i ograniczenia chroniące niemiecki rynek 
pracy przed Polakami. Widać to choćby w Passewalk, dokąd dojeżdżają 
polscy lekarze ze Szczecina, legalnie pracujący w miejscowym 
szpitalu. W Passewalk pracuje też wielu Polaków na czarno, ale 
władze przymykają na to oko, bo dzięki temu w ogóle funkcjonuje 
opieka społeczna: Krankenpflege (opieka nad chorymi) i Altenpflege 
(opieka nad starcami). Polki zajmujące się osobami starymi i chorymi 
mają świetną opinię i są chętnie zatrudniane. 
Prof. Udo Wolter, szef Izby Lekarskiej w Brandenburgii, uważa, że 
polscy lekarze uratowali służbę zdrowia w tym landzie. Miesiącami 
musiał jed**** walczyć o zgodę na ich legalne zatrudnienie. Gdyby nie 
Polacy, lokalnej służbie zdrowia groziłby paraliż. W szpitalu 
ginekologiczno-położniczym w Schwedt pięcioro spośród ośmiorga 
zatrudnionych lekarzy to Polacy. Niemieccy specjaliści uciekli do 
klinik w Hamburgu i Berlinie. Zarobki lekarzy w Schwedt są 
pięciokrotnie wyższe niż w Polsce. W Saksonii liczba polskich 
lekarzy tylko w ostatnim roku wzrosła z 22 do 95 i chętnie 
zatrudniono by następnych. Dyrektorzy szpitali i przychodni obawiają 
się, że jeśli teraz nie przyciągną chętnych z Polski, później nie 
zechcą już dla nich pracować, bo będą woleli przyjmować niemieckich 
pacjentów u siebie. 
Brandenburskie miasto Schwedt, oddalone zaledwie 50 km od Szczecina, 
przyjęłoby każdą liczbę polskich specjalistów. Katia Marguardt, 
pracująca w sklepie wielobranżowym A-Z Hoffmann, wścieka się, że 
obok stoi mnóstwo pustych pawilonów, które chętnie przejęliby 
Polacy, lecz prawo na to nie pozwala. Do niedawna Schwedt liczyło 
około 50 tys. mieszkańców, obecnie - 35 tys. I ucieczka na zachód 
wciąż trwa - do Berlina, Kolonii czy Hamburga. Całe osiedla 
mieszkaniowe, na przykład przy Friedrich Engels Strasse i Friedrich 
Wolf Ring, świecą pustkami. Każdego dnia wyprowadza się stąd 
kilkanaście kolejnych rodzin. Opustoszałe jedenastokondygnacyjne 
budynki z wielkiej płyty, wyludnione i zdewastowane, są rozbierane, 
bo utrzymanie pustostanów jest zbyt drogie. Mieszkanie w Schwedt 
można dostać od ręki i za darmo. Polacy zajmują je dzięki stosowanej 
przez władze sztuczce prawnej - jako mieszkania przydzielone 
klientom opieki społecznej. Spotkaliśmy tam m.in. 24-letnią 
Agnieszkę Bonacką, która trzy lata temu przyjechała do Niemiec z 
Mazur. Urządziła się w czteropokojowym mieszkaniu przy Berta von 
Sutner Strasse. - W Schwedt brakuje specjalistów z branży 
chemicznej, brakuje fryzjerek, manikiurzystek, instruktorek fitness, 
mechaników samochodowych. Praca czeka na Polaków w miejscowej 
fabryce papieru, w biurach turystycznych (największe takie biuro w 
Schwedt prowadzą zresztą Polacy) i przedsiębiorstwach budowlanych. 


Sabotażysta Schröder 
Gdy popularność Gerharda Schödera zaczęła gwałtownie spadać, wymógł 
on zgodę na dwuletni okres przejściowy na swobodne zatrudnianie 
Polaków. I grozi przedłużeniem go do siedmiu lat. Przed wyborcami 
Schröder odgrywa rolę dbającego o ich interesy polityka, który nie 
chce, by cudzoziemcy zabierali im pracę. 
Prof. Arnulf Baring uważa, że okresy ochronne przyniosą wyłącznie 
szkody: nie chronią bowiem rynku pracy przed Polakami, lecz chronią 
Niemców przed większym wysiłkiem i większymi wymaganiami. 
Tassilo Schlicht był w Niemczech pierwszym bezrobotnym, który 
zrezygnował z zasiłku, bo znalazł zatrudnienie w Polsce. Pracuje na 
stacji benzynowej w Gubinie, tuż obok przejścia granicznego. Wkrótce 
Schlicht znów stanie się odbiorcą zasiłku w Niemczech: będzie 
pierwszą ofiarą przygotowywanego w Polsce zakazu pracy dla Niemców - 
normalnej w stosunkach międzynarodowych retorsji za zamknięcie rynku 
pracy przed Polakami. 
Krajowa minister Brandenburgii do spraw europejskich Barbara 
Reichstein mówi "Wprost", że zakaz pracy dla Polaków miał podłoże 
polityczne. Obawy przed napływem Polaków były na tyle silne, że 
Schröder musiał sięgnąć po okresy przejściowe w dziedzinie 
zatrudnienia, aby uzyskać społeczne przyzwolenie na rozszerzenie 
Unii Europejskiej. To, co z perspektywy państwa niemieckiego wygląda 
na ochronę miejsc pracy, we wschodnich landach oznacza zwykły 
ekonomiczny sabotaż. - Mimo wysokiej stopy bezrobocia na tych 
terenach i obawy przed konkurencją ze strony Polaków, są obszary, 
gdzie chronicznie brakuje rąk do pracy, co grozi upośledzeniem tych 
terenów na lata - mówi Reichstein. Potwierdzają to politycy z 
przygranicznych miast, świetnie znający lokalne rynki pracy. - Co 
kanclerz chce chronić? Gdzie ta niemiecka konkurencja dla Polaków? 
Przecież jej zwyczajnie nie ma i nie będzie! Co bardziej energiczni 
dawno wyjechali do zachodnich landów. Chętnych nie ma, mimo 
ogromnych możliwości pracy w służbie zdrowia czy w opiece socjalnej. 
Gdyby nie pracownicy sezonowi z Polski, nawet zbierane właśnie 
szparagi zostałyby w ziemi - denerwuje się nadburmistrz Frankfurtu 
nad Odrą Martin Patzelt (CDU). 

Polnische Qualität 
Klaus Krörpelin z Izby Przemysłowo-Handlowej twierdzi, że niemiecki 
stereotyp polnische Wirtschaft (polskiej gospodarki) jako symbolu 
chaosu i bezhołowia to już przeszłość. Niemcy widzą przecież, że 
samochód naprawiony przez Polaka niczym się nie różni od tego 
naprawionego przez Niemca, a okna wstawione przez sąsiada zza Odry 
nie są gorsze, a co ważniejsze, są o połowę tańsze od tych 
wstawionych przez rodaka. - Badania przeprowadzone ostatnio na nasze 
zlecenie wśród przedsiębiorców wskazują jednoznacznie, że polska 
jakość nie jest wcale gorsza od słynnej w świecie i coraz bardziej 
mitycznej deutsche Qualität - mówi "Wprost" Krörpelin. 
Nadburmistrz Görlitz Rolf Karbaum chciałby natychmiastowego 
zniesienia ograniczeń w zatrudnianiu Polaków. Widzi, że jego miasto 
coraz bardziej przegrywa z polskim Zgorzelcem. Lokalne władze nie 
mają jed**** siły przebicia na forum ogólnoniemieckim. Instytut Badań 
nad Gospodarką w Halle (IWH) już przed rokiem zamówił badania, które 
obalają mity o negatywnych skutkach ekspansji polskiej siły roboczej 
w Niemczech. - To bzdura, że nastąpi jakiś skok, bo proces 
rozszerzenia unii ze wszystkimi jego skutkami praktycznie już się 
dokonał. Nie ma sensu walczyć z rynkiem: ktoś zyskuje, ktoś traci, 
ale per saldo korzystamy wszyscy. Napływ polskich pracobiorców i 
rzemieślników zmusiłby do elastyczności niemieckich konkurentów, a 
niemieckie firmy do obniżania wysokich kosztów produkcji i pracy - 
mówi Martin Rosenfeld, ekspert IWH. 
Według danych zebranych przez nadburmistrza Martina Patzelta, 
niemieccy przedsiębiorcy z pogranicza już dziś zawdzięczają Polakom 
połowę swych przychodów. Klaus-Dieter Hübner, burmistrz Guben, 
twierdzi, że rozluźnienie obostrzeń wobec Polaków może być magnesem 
dla firm z zachodnich Niemiec i dla zagranicznych inwestorów. W 
efekcie zatrudnienie znaleźliby także Niemcy. Politycy federalni 
udają, że tego nie widzą, bo zawaliłby się stworzony przez nich mit, 
że Polacy odbiorą Niemcom pracę. Burmistrz Hübner daremnie apeluje o 
skorzystanie z szansy, której wkrótce może już nie być. Wścieka się 
na szefów niemieckiego odpowiednika Samoobrony - Związku 
Bezrobotnych, twardo broniących zamykania rynku pracy przed 
Polakami. Wścieka się także na takich ludzi jak Roland Tremper z 
centrali związku zawodowego Ver.di w Berlinie, którzy również nie 
chcą otwarcia rynku pracy dla Polaków. - Najwyższy czas zweryfikować 
naszą niemądrą politykę ograniczeń w zatrudnianiu Polaków - apeluje 
Nikolaus Bühning ze Związku Młodych Przedsiębiorców (BJU). 
Jak wykazują badania przeprowadzone na zlecenie Komisji 
Europejskiej, od 1 maja 2004 r. przez pięć lat do tzw. starej 
piętnastki przyjedzie w poszukiwaniu pracy 1,1 mln obywateli z 
dziesiątki krajów nowo przyjętych, czyli zaledwie 1 proc. ich 
ludności. Będą to przede wszystkim ludzie dobrze wykształceni. W 
prostszych zawodach wyjazdy nie są tak opłacalne. Podobne są wyniki 
badań Niemieckiego Instytutu Badań nad Gospodarką (DIW). Dowodzą 
one, że nawet natychmiastowe i pełne otwarcie rynku pracy spowoduje 
przyjazd najwyżej 225 tys. chętnych rocznie. Wniosek DIW brzmi: 
"Polacy, Czesi czy Węgrzy w żadnym stopniu nie obciążyliby 
niemieckiego rynku pracy. Wręcz przeciwnie, bez nich ten rynek 
będzie przeżywał konwulsje". 

Drang nach Osten kontra Drang nach Westen 
Ucieczka Niemców na zachód oraz polska ekspansja na opuszczone przez 
nich tereny dowodzą pewnych historycznych prawidłowości. Polityka 
Drang nach Osten (parcia na wschód) zawsze była prowadzona i 
wspierana przez niemieckie państwo (ulgi podatkowe, preferencyjne 
kredyty, a nawet dopłaty do wczasów na wschodzie), natomiast 
obywatele Niemiec woleli Drang nach Westen. Po pierwsze, nie chcieli 
mieszkać na mało cywilizowanym - ich zdaniem - wschodzie czy też 
rubieżach. Po drugie, wielu czuło się na wschodnich terenach 
tymczasowo. Po trzecie, czuli się obywatelami drugiej kategorii. Nie 
przypadkiem Hitler na wschodzie znacznie intensywniej wspierał 
instytucje państwa opiekuńczego. Komunistyczne władze NRD chciały 
uczynić z tego kraju wzorcowe państwo opiekuńcze, żeby odebrać 
wschodnim Niemcom ochotę do uciekania na zachód. Przez wiele 
dziesięcioleci tereny dawnej NRD były więc swoistą enklawą, wyjętą 
spod praw rynku i konkurencji. Ten stan rzeczy w jakimś sensie 
utrwalono po zjednoczeniu, rozpinając nad wschodem parasol państwa 
opiekuńczego. Skutki tego widać przede wszystkim w mentalności 
Ossis. Uciekają na zachód, żeby się dowartościować, rozmyć wśród 
lepszych - ich zdaniem - Wessis. 
W konfrontacji ze wschodnimi Niemcami widać, że polska terapia 
szokowa Balcerowicza jest znacznie skuteczniejszą metodą 
dekomunizacji społeczeństwa niż zachodnie państwo opiekuńcze. 
Dlatego nierozpieszczeni dotacjami i zasiłkami Polacy biją 
wschodnich Niemców pod względem przedsiębiorczości, konkurencyjności 
czy pracowitości. Jest ironią historii, że polityczny niemiecki 
Drang nach Osten z czasów hakaty zastępuje współcześnie gospodarczy 
polski Drang nach Westen. 

Piotr Cywiński 
Cezary Gmyz 
Współpraca: Ewa Ornacka 

Polski modny 	
Ludzie oszaleli na punkcie polskiego. Musieliśmy zorganizować 15 
kursów dla 559 osób, płacących od 50 do 80 euro - mówi Carola 
Christen, szefowa szkoły językowej we Frankfurcie nad Odrą. 65-letni 
Gerhard Witter uczy się polskiego, bo chce po polskiej stronie 
otworzyć firmę: niższe podatki, tańsza siła robocza oznaczają 
większe zyski. Sigrun Andre, urzędniczka gminna, uważa, że łatwiej 
jej będzie dogadać się z Polakami szukającymi pracy we Frankfurcie, 
a jest ich niemało. 25-letnia Doreen Schulze chodzi na kursy, bo w 
restauracji jej matki, gdzie pracuje jako kelnerka, wielu gości to 
Polacy. Poza tym wszyscy jeżdżą na zakupy do Polski i są przekonani, 
że po wschodniej stronie Odry ceny pozostaną niższe jeszcze przez 
wiele lat. 	

Lekarka Beata Łój od trzech lat mieszka w Schwedt. W szpitalu, w 
którym pracuje, pięcioro spośród ośmiorga lekarzy to Polacy 
Polka Alina Brummund otworzyła sklep z butami w Eggesin - mieście, w 
którym jej niemieccy konkurenci nie widzieli dla siebie szans 
Klaus Krörpelin z niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej: "Stereotyp 
polskiej gospodarki jako symbolu chaosu i bezhołowia to już 
przeszłość" 
Martin Patzelt, nadburmistrz Frankfurtu nad Odrą: "Niemieccy 
przedsiębiorcy z pogranicza już dziś zawdzięczają Polakom połowę 
swych przychodów"

-- 
The text above is a citation from some other source and other 
author.
Send your comments to news://alt.religion.albertanism
Sup****t www.albertanism.freezope.org !
 




 1 Posts in Topic:
Polacy zasiedlaja wschodnie Niemcy
"alt.religion.albert  2004-05-07 03:30:20 

Post A Reply:
  Go here to Signup

AddThis Feed Button


About - Advertising - Contact - Frequently Asked Questions - Privacy Policy - Terms of Use - Signup

Contact
tan12V112 Mon Oct 6 5:13:16 CDT 2008.